1. Po tym jak w poprzednim tygodniu na posiedzeniu Rady Ministrów projekt ustawy o tzw. wakacjach kredytowych, nie zyskał jej aprobaty, w mediach pojawiły się informacje, że w 2024 roku takie rozwiązanie nie zostanie przyjęte. Minister finansów próbuje wykorzystać jako pretekst do zablokowania prac nad tym projektem, spadającą inflację i rzeczywiście polityka monetarna banku centralnego doprowadziła do jej spadku z 18,4% w marcu poprzedniego roku do 3,9% w styczniu tego roku (najprawdopodobniej w marcu jej poziom będzie poniżej 2,5%), ale na razie nie ma to przełożenia na obniżki stóp procentowych kredytów udzielanych przez banki komercyjne. Jednak ponoć zasadniczy wpływ  na zablokowanie prac nad projektem tej ustawy miał mieć list Związku Banków Polskich do premiera Tuska, w którym banki miały obiecać ustępstwa związane z finansowaniem już istniejącego Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, w zamian za porzucenie pomysłu przedłużenia o kolejny rok wakacji kredytowych.    

 

  1. Przypomnijmy, że ministrowie rządu Donalda Tuska i on sam, zapewniali po wielokroć młodych ludzi, którzy zaciągnęli kredyty na swoje pierwsze mieszkanie, że na początku 2024 roku, pojawi się projekt ustawy o wakacjach kredytowych, przedłużający o przynajmniej rok rozwiązania istniejące do grudnia 2023 roku. Obowiązująca ustawa dotycząca wakacji kredytowych, wprowadzona jeszcze przez rząd premiera Morawieckiego, pozwalała kredytobiorcom przez 7 kwartałów, w każdym z nich przez jeden miesiąc, nie spłacać raty kredytu, która była przenoszona na koniec okresu kredytowego, bez żadnych konsekwencji finansowych dla kredytobiorcy. Co ważne koszty wakacji kredytowych ponosiły w całości banki, były więc one neutralne dla budżetu i aż dziw bierze, że nowy rząd nie chciał ich przedłużyć na rok 2024, w sytuacji kiedy banki komercyjne ciągle utrzymują wysokie stopy procentowe i osiągają rekordowe zyski, mimo tego, że NBP obniżył swoją podstawową stopę, łącznie o 1 pkt procentowy (z 6,75% do 5,75%).

 

  1. Nowa ustawa dotycząca wakacji kredytowych miała zostać uchwalona w I kwartale tego roku, tak aby kredytobiorcy mogli kontynuować możliwość korzystania z jednego miesiąca niespłacania kredytu w każdym kwartale tego roku, ale jak się okazuje tej ustawy, nie tylko w tym terminie nie będzie, nie zostanie ona także przyjęta do końca 2024 roku . Co więcej jej projekt skierowany do konsultacji społecznych wyraźnie ograniczał ilość potencjalnych beneficjentów nowych rozwiązań w zakresie wakacji kredytowych, a mimo tego budził ogromy sprzeciw sektora bankowego, teraz już wiemy, że skuteczny. W projekcie ustawy zawarto zapisy, że z wakacji kredytowych mogliby korzystać tylko ci kredytobiorcy, u których wielkość zobowiązania kredytowego zawarta w umowie, nie przekraczała 1,2 mln zł. Wprowadzono także ograniczenie dochodowe, polegające na tym, że do wakacji kredytowych, prawo mieliby tylko ci kredytobiorcy, u których koszt miesięczny obsługi kredytu przekraczałby 35% całości ich dochodów.

 

  1. Ponieważ szacunkowe koszty nowych wakacji kredytowych, miałby wynosić ok 2,5 mld zł, w sytuacji kiedy korzystałoby z niej 100% osób spełniających wspomniane wyżej dwa kryteria, to oznaczało, że uprawnionych miało być około 200 tys kredytobiorców, a więc około 5-krotnie mniej niż dotychczas. Z obwiązujących do końca grudnia poprzedniego roku wakacji kredytowych korzystało bowiem ponad 1,1 mln kredytobiorców, a ich koszt sektor bankowy oszacował na około15 mld zł. Mimo więc znacznie niższego niż do tej pory kosztu tego przedsięwzięcia, jak się okazuje, banki komercyjne mają na tyle mocną pozycję u obecnych rządzących i samego premiera Tuska, że są w stanie zablokować projekt ustawy służący ponad 1 mln młodych kredytobiorców. Ci młodzi ludzie zamieszkujący między innymi takie osiedla jak Wilanów w Warszawie czy Jagodno w we Wrocławiu, wręcz ostentacyjnie popierali w ostatnich wyborach Platformę i jej koalicjantów, teraz Donald Tusk równie ostentacyjnie dziękuje im za to poparcie.

  1. Już nowy zarząd Orlenu, opublikował dane dotyczące wyników finansowych za rok 2023, z których wynika, że obroty tej firmy sięgnęły 373 mld zł, a więc zbliżyły się do 100 mld USD, a zysk netto wyniósł blisko 27,6 mld zł. A więc byłemu już prezesowi Danielowi Obajtkowi dzięki fuzjom i przejęciom, a także widocznym już efektom synergii, udało się stworzyć firmę, która jest już potentatem w Europie i pod względem poziomu obrotów znajduje się w pierwszej 40-największych europejskich firm. Niestety ten ogromny sukces, tylko dlatego, że został osiągnięty w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości i przy ogromnym jego wsparciu dla zarządu firmy pod kierownictwem prezesa Obajtka jest cały czas dyskredytowany, co więcej ludzie Tuska coraz częściej mówią o konieczności „rozczłonkowania Orlenu, ba o wycofaniu się z fuzji z Lotosem.

 

  1. Były prezes Orlenu Daniel Obajtek przypomniał przy tej okazji, że łączny zysk netto Orlenu w czasie jego kierowania tą spółką w latach 2016-2023 wyniósł 98 mld zł, podczas gdy w czasie 8 letnich rządów PO-PSL w latach 2008-2015, wyniósł zaledwie 2,9 mld zł, czyli był ponad 33-krotnie niższy. Co więcej osiągnięty przez Orlen w tym okresie zysk netto, a więc już po odprowadzeniu podatku CIT, był blisko 2-krotnie większy niż przychody z prywatyzacji blisko 1000 przedsiębiorstw dokonane przez rząd PO-PSL w latach 2008-2015, które wyniosły tylko 58 mld zł. Gwałtowne zwiększenie potencjału finansowego Orlenu, pozwoliło na przeznaczenie w latach 2016-2023, aż 90 mld zł na inwestycje (w samym tylko 2023 roku, było to 32,4 mld zł), podczas gdy w latach 2008-2015 nakłady inwestycyjne wyniosły tylko 24,3 mld zł a więc były blisko 4 -krotnie niższe. 3. Przypomnijmy także, że  Orlen to firma, która w ostatnich latach dostarcza do budżetu państwa ponad 10% wszystkich dochodów, a w roku 2023 najprawdopodobniej było to  blisko 13% tych dochodów. Chodzi oczywiście o wpłaty do budżetu z tytułu wszystkich podatków: podatku dochodowego, podatku od płac pracowników, a także wpłat z tytułu VAT i akcyzy, w roku 2023 była to najprawdopodobniej kwota ponad 70 mld zł, podczas czy wszystkie dochody budżetowe w  wyniosły około 574 mld zł. W tej sytuacji podważanie fuzji dokonanej przez Orlen najpierw z Lotosem, a później wchłonięcia PGNiG i zapowiedzi, że rządowi prawnicy zbadają czy można ją unieważnić, co zapowiadają prominentni politycy Platformy z Tuskiem na czele, jest skrajną nieodpowiedzialnością i proszeniem się o kłopoty, w tym także o poważne ograniczenie zysków firmy i w konsekwencji wpłat do budżetu z tytułu różnych podatków.

 

  1. Ponadto w 2022 roku  już po połączeniu z Lotos i PGNiG, Orlen S.A. dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej, całkowicie zrezygnował z kupowania ropy i gazu ziemnego w Rosji w związku agresją tego kraju na Ukrainę. Przypomnijmy, że pod koniec rządów PO-PSL, jeszcze w 2015 roku dostawy ropy z Rosji stanowiły aż 90% polskiego importu, po niecałych 8 latach byliśmy w stanie obyć się bez rosyjskiego surowca, bez negatywnych konsekwencji dla polskiej gospodarki. Było to możliwe dzięki pozyskaniu do współpracy największej firmy petrochemicznej na świecie Saudi Aramco, która z jednej strony zakupiła 30% udziałów w rafinerii Lotosu, z drugiej dostarcza już ponad 50% ropy naftowej przerabianej przez Orlen w swoich 7. rafineriach. W 2022 roku Orlen zrezygnował także ostatecznie z dostaw rosyjskiego gazu, choć jeszcze w 2015 roku aż ponad 90% tego surowca było importowane z Rosji, a w 2010 roku, tuż po katastrofie smoleńskiej, doszło do haniebnej wręcz próby podpisania przez rząd PO-PSL umowy gazowej z Rosją aż do 2037 roku.

 

  1. Ten wielki koncern rozpoczął także realizację dwóch wielkich inwestycji, które będą miały wpływ na zmianę struktury polskiego miksu energetycznego, już w tym roku rozpocznie się budowa wielkich farm wiatrowych na Bałtyku o łącznej mocy 5,2 GW, co stanowi aż ponad 25% dotychczasowej zainstalowanej w Polsce mocy OZE. Trwają także przygotowania do budowy małych reaktorów atomowych tzw. SMR, Orlen wspólnie z dysponującym w tym zakresie technologią, amerykańskim koncernem GE Hitachi Nuclear Energy, powołał specjalną spółkę celową, która będzie realizowała to przedsięwzięcie (Orlen Synthos Green Energy), choć jak słyszymy rząd Tuska ma zastrzeżenia do realizacji tego przedsięwzięcia. Realizacja takich przedsięwzięć przez polskie firmy, których wartość idzie w dziesiątki miliardów złotych, nie była możliwa do tej pory, ponieważ polskie firmy nie dysponowały odpowiednim potencjałem aktywów i w konsekwencji możliwościami finansowymi, dopiero obroty rzędu prawie 400 mld zł i zysk netto rzędu 30 mld zł rocznie, jakie osiąga obecnie Orlen, takie możliwości tworzą.

 

  1. W tej sytuacji wyjątkowo brutalne wielomiesięczne atakowanie przez polityków Platformy firmy, która nie tylko zagwarantowała Polsce i Polakom bezpieczeństwo energetyczne, w sytuacji toczącej wojny się za naszą wschodnią granicą, a także potrafiła w tak trudnym czasie odejść od rosyjskich surowców, oraz realizuje wielomiliardowe inwestycje i dostarcza corocznie ponad 10% dochodów budżetowych, wygląda na podcinanie gałęzi, na której ta koalicja siedzi. Nie ulega bowiem wątpliwości, że stworzenie wielkiego koncernu multienergetycznego, (w 2022 roku piątej najszybciej rozwijającej się firmy na świecie), okazuje się nie tylko sukcesem finansowym, co widać już po wynikach firmy zarówno za rok 2022, jak i 2023, ale przede wszystkim stwarza ogromne możliwości inwestycyjne w szeroko rozumianej polskiej energetyce, co w sytuacji przyspieszenia przez UE realizacji polityki klimatycznej jest wręcz nie do przecenienia. Politycy Platformy z Donaldem Tuskiem na czele, atakując Orlen, mówiąc o monopoliście (choć posiada zaledwie 24% stacji benzynowych w Polsce) i konieczności jego rozbicia i być może znowu prywatyzacji, pokazują swoja prawdziwą twarz jeżeli chodzi o gospodarowanie majątkiem Skarbu Państwa. Potęga Orlenu zbudowana w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości jest dla Tuska i jego ekipy jak zadra, bo oni niczego nie budowali, tylko masowo wyprzedawali majątek narodowy, więc w tej teraz gdy doszli do władzy, będą tę firmę niszczyć, nie zważając na to ,ze jest kurą znoszącą przysłowiowe „złote jaja”.

 

  1. Nie ustają protesty rolników w Polsce zarówno na granicy z Ukrainą jak wielu miejscowościach kraju, rolnicy blokują drogi i domagają się szybkich decyzji rządu, a jego przedstawiciele z premierem Tuskiem na czele, pozorują działania i mydlą rolnikom oczy. Wiceminister rolnictwa i jednocześnie poseł Platformy Michał Kołodziejczak, nawet posunął się do tego, ze znalazł się na granicy wśród protestujących rolników i zaczął skarżyć się na swojego przełożonego ministra Czesława Siekierskiego, ale ci wyprowadzeni z równowagi takim „dziwnym” zachowaniem, wygwizdali go i „zasugerowali” powrót do Warszawy. Protestujący rolnicy żądają natychmiastowego zamknięcia granicy dla eksportu ukraińskich towarów rolnych, a rząd Tuska nie chce tego zrobić, twierdząc, że spowoduje to retorsje unijnego komisarza ds. handlu Valdisa Dombrovskisa. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie miał takich oporów i w sytuacji nadmiernego wwozu do Polski głównie zbóż, zdecydował się 15 kwietnia poprzedniego roku na jednostronne wprowadzenie embarga na import z Ukrainy pszenicy, kukurydzy, rzepaku oraz nasion słonecznika i mimo ponagleń komisji Europejskiej i straszenia karami finansowymi, tej presji się nie poddał.

 

  1. Ekipa Tuska mydli oczy rolnikom, bowiem zarówno w Parlamencie Europejskim jak i w Radzie Unii Europejskiej, trwają intensywne prace nad przedłużeniem do 6 czerwca 2025 roku rozporządzenia o bezcłowym handlu UE- Ukraina, które miało obowiązywać tylko do czerwca tego roku. W tej sprawie głos odrębny złożył na posiedzeniu KE tylko komisarz Janusz Wojciechowski, prezentując twarde dane, że rozporządzenie destabilizuje rynki rolne tzw. krajów frontowych, a w szczególności Polski, ale przewodnicząca Ursula von der Leyen jak i wiceprzewodniczący KE i jednocześnie komisarz ds. handlu Valdis Dombrovskis (oboje z Europejskiej Partii Ludowej), wręcz taranem przeforsowali tę decyzję na posiedzeniu kolegium komisarzy. W komisji handlu w PE europosłowie z EPL i Lewicy, także byli za,  na posiedzeniu Coreperu (czyli stałych przedstawicieli państw członkowskich przy UE), przedłużenie rozporządzenia o kolejny rok, zostało także przeforsowane.

 

  1. Wprawdzie doszło do pewnych modyfikacji tego rozporządzenia, które w zamyśle mają bardziej niż do tej pory chronić unijny rynek, ale tak naprawdę niewiele to zmieni w sytuacji kiedy Ukraina na zablokowany eksport produktów rolnych przez Morze Czarne i może  je wywozić w zasadzie tylko drogą lądową przez kraje przyfrontowe, takie jak Polska. Między innymi wprowadzono limity importowe dla drobiu, cukru i jaj tyle tylko, że okresem referencyjnym dla tych produktów są dwa ostatnie lata (2022-2023 ), kiedy ukraiński eksport na przykład na polski rynek był parokrotnie większy niż przed agresją Rosji na Ukrainę (czyli wpływ na destabilizację rynku, będzie się liczyć od znacznie większej wartości importu z Ukrainy, niż to było przed wojną). Wprowadzono także klauzule ochronne dla innych produktów rolnych, ale dany kraj członkowski musi wykazać destabilizację rynku nadmiernym importem ukraińskich produktów rolnych, tyle tylko, że ostateczną decyzję w tej sprawie będzie podejmować wg własnego uznania Komisja Europejska, której przewodnicząca od jakiegoś czasu zdecydowała się bardziej chronić interesy ukraińskich eksporterów produktów rolnych, niż rolników krajów członkowskich w szczególności tych z krajów przyfrontowych. Rozporządzenie o bezcłowym handlu UE -Ukraina zostanie więc przedłużone ( w marcu przegłosuje jej już w niezmienionym kształcie Parlament Europejski (EPL, Lewica, Renow i Zieloni) przy sprzeciwie ECR i ID, a przedstawiciele rządu Tuska, ciągle zapewniają polskich rolników, że w Brukseli walczą o ich interesy.

 

  1. Wszystko wskazuje także na to, że od lipca tego roku kraje członkowskie nie będą mogły udzielać rolnikom pomocy publicznej w takich rozmiarach jak do tej pory, ponieważ w czerwcu przestają obowiązywać unijne przepisy w tym zakresie, wprowadzone przejściowo w związku ze skutkami covidu i agresją Rosji na Ukrainę. Polski rząd niestety nie stara się o ich przedłużenie (choć przecież wojna na Ukrainie trwa i wpływa na destabilizację rynków rolnych), bowiem jak można się domyślać w budżecie brakuje środków na pomoc finansową dla rolników. Przypomnijmy, że w latach 2022-2023 w związku z trudną sytuacją rolników rząd PiS uzyskał kilkanaście zgód KE na udzielenie pomocy publicznej dla polskich rolników (dopłaty do sprzedawanych zbóż, dopłaty do eksportu zbóż do krajów trzecich, dopłaty do nawozów, dopłaty do paliwa, dopłaty suszowe, dopłaty do oprocentowania kredytów dla rolników), łącznie na kwotę blisko 16 mld zł, czyli około 3,5 mld euro, co stanowiło ponad 1/3 całej pomocy publicznej w UE dla rolników. Obecny rząd nie wystąpił jeszcze o żadną zgodę na pomoc publiczną dla rolników , choć ceny pszenicy wynoszą już tylko ok. 700 zł za tonę, natomiast poprzedni rząd uruchomił dopłaty do sprzedanych zbóż w wysokości 300 zł do tony, w sytuacji kiedy jej cena rynkowa wynosiła 1,1 tys zł za tonę.

 

5. Wszystko więc wskazuje na to, że przedłużenie rozporządzenia w wolnym handlu UE-Ukraina nastąpi od 5 czerwca tego roku, mimo tego, że to polscy rolnicy są najbardziej zagrożeni nadmiernym eksportem ukraińskich towarów rolnych. Także brak starań polskiego rządu o przedłużenie możliwości udzielania pomocy publicznej rolnikom tak jak przedsiębiorcom, doprowadzi do tego, że już w lipcu rząd ogłosi ,że nie może takiej pomocy udzielać, bo nie pozwalają na to unijne przepisy. Pozostanie tylko tzw. pomoc de minimis, ale ta ma wymiar symboliczny, więc polscy rolnicy tak naprawdę pozostawieni zostaną sami sobie, w sytuacji dramatycznego spadku cen na ich produkty i braku możliwości ich zbytu w sytuacji nadmiernego importu produktów rolnych z Ukrainy.  

  1. Wczoraj podczas pobytu w Polsce w drodze do Kijowa, przewodnicząca KE Ursula von der Leyen stwierdziła „Bardzo cieszę się z planu działania, który zaprezentował rząd w tym roku. To bardzo silne oświadczenie, jasna mapa drogowa dla Polski”. To jej zdaniem okazało się warunkiem wystarczającym do tego, aby w następnym tygodniu KE podęła dwie decyzje dotyczące odblokowania środków unijnych dla Polski w wysokości 137 mld euro. Chodzi o odblokowanie środków z Krajowego Planu Odbudowy (KPO) w wysokości blisko 59 mld euro (dotacje i pożyczki) i 76 mld euro z Funduszu Spójności z wieloletniego unijnego budżetu na lata 2021-2027.

 

  1. Środki te oczywiście nie zostaną przekazane jednorazowo, z KPO będą to kolejne transze wraz z wypełnieniem kolejnych kamieni milowych, przekazywane co najmniej do końca 2026 roku , natomiast z Funduszu Spójności będą one przekazywane aż do roku 2030 ( zgodnie z zasadą n+3), dopiero po zrealizowanych inwestycjach zaplanowanych zarówno w strategiach sektorowych jak i 16 strategiach regionalnych, za które odpowiadają samorządy województw. Na Polskę nie spadnie więc deszcz pieniędzy, jak stwierdził wczoraj Donald Tusk po wypowiedzi szefowej KE, a środki unijne będą przekazywane w formie refundacji za już zrealizowane i rozliczone przedsięwzięcia. Co więcej sugerowanie przez rządzących, jakoby te wszystkie środki, miały bezpośrednio poprawić sytuację materialną polskich rodzin, czy sytuację finansową polskich szpitali jest wręcz ordynarnym kłamstwem.

 

  1. Wczorajsza wypowiedź przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen dotycząca odblokowania środków unijnych dla Polski zarówno z KPO jak i Funduszu Spójności dobitnie potwierdza, że były one narzędziem do szantażowania rządu Mateusza Morawieckiego. Przypomnijmy, że przez wiele miesięcy KE twierdziła iż tylko wejście w życie  nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym jest warunkiem uruchomienia pierwszej transzy środków z KPO, a ponieważ ustawa „utknęła” w TK, środki te były blokowane. O konieczności wypełnienia tego warunku po wielokroć mówił w PE w debatach o sytuacji w Polsce, komisarz ds. sprawiedliwości Didier Reynders, komisarz Vera Jourowa, czy sama przewodnicząca von der Leyen. Teraz okazuje się, że wcale nie trzeba kończyć tego procesu legislacyjnego dotyczącego tej ustawy, co wprost oznacza, że KE użyła blokady środków z KPO dla Polski, po to tylko, aby wpłynąć na wynik wyborów w Polsce.

 

  1. Przypomnijmy także, że właśnie przy udziale europosłów Platformy i Lewicy przygotowano i przegłosowano w Parlamencie Europejskim ponad 40 rezolucji szkalujących nasz kraj, często przy użyciu półprawd i fake newsów, dostarczonych przez polskich polityków. To właśnie te głosowania, a także inne działania europosłów Platformy i Lewicy i innych ugrupowań opozycyjnych, spowodowały, że do tej pory Komisja Europejska politycznie blokowała środki z KPO, choć makiawelicznie twierdzili oni, że to wina rządu Zjednoczonej Prawicy. A więc od blisko 2 lat z inspiracji Tuska, przy pomocy i zaangażowaniu europosłów z ówczesnej opozycji, KE blokowała środki dla Polski z KPO i Funduszu Spójności, żeby teraz wystarczyło tylko „silne oświadczenie” rządu Tuska, aby ta blokada została zniesiona.

 

  1. Teraz dowiedzieliśmy się, że przewodnicząca KE zupełnie dowolnie może dysponować ogromnymi środkami finansowymi w ramach unijnego Funduszu Odbudowy i Funduszu Spójności i albo karać jakiś jej zdaniem krnąbrny kraj, albo nagradzać tych, którzy działają po jej myśli. Uruchomienie środków z KPO i Funduszu Spójności w takim trybie to nagroda dla Donalda Tuska za odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy, a  rząd złożony z dotychczasowych partii opozycyjnych, będzie spolegliwy wobec paktu migracyjnego, unijnych podatków, czy głębokiej reformy unijnych traktatów. Przewodnicząca KE, szerzej establishment brukselski spodziewa się, że w wszystkich tych przypadkach rząd Donalda Tuska będzie głosował za (rząd Prawa i Sprawiedliwości te kwestie blokował), a właśnie na tym najbardziej zależy Brukseli i Berlinowi. Polska zapłaci więc ogromną cenę jeżeli ostatecznie zostanie przeforsowany obligatoryjny rozdział nielegalnych imigrantów, unijne podatki, a także przekształcenie Unii 27. suwerennych państw w scentralizowane superpaństwo pod dominacją niemiecko- francuską.

  1. Ciągle trwają ataki ze strony Platformy i koalicjantów na prezesa NBP, prof. Adama Glapińskiego, choć ostatnio agresorzy zostali pozbawieni najważniejszego argumentu, nieskutecznej walki z inflacją przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP). Otóż według danych GUS inflacja na koniec stycznia tego roku spadła do 3,9% w ujęciu rok do roku i wg prognozy NBP na koniec marca, znajdzie się poniżej celu inflacyjnego, czyli 2,5% +/- 1%. Okazało się, że polityka podwyżek stóp procentowych realizowana przez RPP i jej przewodniczącego prof. Adama Glapińskiego jest niezwykle skuteczna, a inflacja w ciągu zaledwie 11 miesięcy została sprowadzona z poziomu 18,4% w marcu poprzedniego roku do wspomnianych 3,9% w styczniu tego roku. Odpadł wprawdzie ten argument ale na poczekaniu wymyślane są kolejne, między innymi ten, że jakoby celowo, bank nie osiągnął w 2023 roku zysku, tylko stratę  i w związku z tym nie zasili w 2024 roku budżetu państwa.

 

  1. Ale ta nieustająca nagonka na obecnego prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego, jest prowadzona głównie dlatego, że jest zagorzałym przeciwnikiem wejścia Polski do strefy euro, a wcześniej do systemu ERM II. Mechanizm ERM II to swoisty przedsionek do wejścia do strefy euro i oznacza związanie waluty danego kraju z euro po kursie o ustalonej wartości z Europejskim Bankiem Centralnym (EBC), przy czym bank centralny kraju kandydującego do strefy euro jest odpowiedzialny za jego utrzymywanie w określonych granicach przez najczęściej 2 lata, a wahania te nie mogą przekroczyć +/- 15%. Na wejście do mechanizmu ERM II potrzebne jest porozumienie z EBC i wspólne  wystąpienie szefa banku centralnego i ministra finansów kraju kandydującego, po wcześniejszym ustaleniu kursu danej waluty w stosunku do euro i właśnie dlatego potrzebna jest zmiana na stanowisku prezesa NBP.

 

  1. Presja więc na zrobienie pierwszego kroku do przyjęcia waluty euro wyraźnie narasta, co widać nie tylko po działaniach nowej większości rządowej, regularnie atakującej prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego, ale także po publikacjach w wiodących mediach. Przypomnijmy, że po tym jak w Nowy Rok, Google zaliczyło „awarię” polegającą na wirtualnej głębokiej dewaluacji złotego wobec amerykańskiego dolara, a także euro (o ponad 30%), następnego dnia w dwóch dziennikach „Rzeczpospolitej” i „Dzienniku. Gazecie Prawnej” na pierwszych stronach, znalazły się obszerne artykuły wyrażające oczekiwania, że nowy rząd przyjmie kurs na przyjęcie waluty euro przez nasz kraj. Artykuł w „ Dzienniku. Gazecie Prawnej” skupiał się na kosztach jakie ponoszą podmioty gospodarcze w związku z wysokimi stopami procentowymi, a także brakiem wpłaty zysku NBP do budżetu państwa, ze względu na wysokie koszty prowadzonej polityki monetarnej, ale jego konkluzje jednoznacznie wskazywały, że wejście do strefy euro, odmieniłoby diametralnie tę sytuację. Z kolei w artykule w „Rzeczpospolitej” wypowiadający się eksperci (prof. Orłowski- główny ekonomista PwC i Janusz Jankowiak- główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu), wręcz domagali się od rządu obrania kursu na wejście do strefy euro i mówili o korzyściach z korzystania tej waluty, tyle tylko, że dosyć mgliście.

 

  1. A przecież dla większości ekonomistów nie ulega wątpliwości, że dla krajów goniących najbardziej rozwinięte kraje Europy (a takim krajem jest ciągle Polska), ogromnym atutem jest własna waluta, ponieważ pozwala z jednej strony „amortyzować” tzw. szoki zewnętrzne, z drugiej pozwala na znacznie szybszy wzrost gospodarczy, niż kraje posługujące się walutą euro. Wystarczy prześledzić dane makroekonomiczne z ostatnich 4 lat dla Polski i wiodących krajów strefy euro, polska gospodarka znacznie lepiej zniosła konsekwencje pandemii covidu, a także gwałtownego wzrostu cen surowców energetycznych w związku z agresją Rosji na Ukrainę. Przez konsekwencje kryzysu covidowego polska gospodarka przeszła w zasadzie „suchą nogą”, a wzrost PKB był w tych czasie 2-3 razy wyższy niż średnio w strefie euro, co więcej wszystko to, działo się przy historycznie najniższym poziomie bezrobocia.

 

  1. W tej sytuacji pozostawanie przy własnej walucie, to wręcz polska racja stanu, a tu co i rusz mnożą się wypowiedzi polityków obecnej koalicji rządowej i publikacje w mediach przekonujące, że wejście Polski do strefy euro, zapewni naszej gospodarce i nam samym, powszechną szczęśliwość. Towarzyszy temu także ogromna presja wielkich krajów UE, aby Polska weszła do strefy euro, co z jednej strony dawałoby bardzo korzystny efekt psychologiczny (duży kraj wchodzi do strefy euro, a więc informacje o jej „śmierci” są jednak przesadzone), ale także efekt wzmacniający walutę ( wchodzi do strefy euro 5-6 szybko rozwijająca się gospodarka UE, a także kraj o ogromnych rezerwach walutowych, których wartość przekracza 180 mld USD, w tym przynajmniej 12% stanowią rezerwy w złocie). Nie możemy uleć ani tej narracji polityków i zaprzyjaźnionych z nimi dziennikarzy, ani presji wielkich krajów UE i to zarówno w sprawie przyjęcia waluty euro, jak i  wejścia do mechanizm ERM II, bo byłby to krok przesądzający.